powracam... na chwilkę 2005-10-02 || 19:16:03
Muahaha. Zonk, wcale o was nie zapomniałam :) Doszłam do wnikliwych wniosków, że jak nie napiszę notki to mi bloga usuną, a szkoda by było, sentymentalna jestem.
A więc voila, rysunek Neko. Reedycja jednego z moich poprzednich rysunków zrobiona w Adobe Photoshopie CS. Ma włosy trochę dłuższe bo miała być starsza. A co wyszło to wyszło.
Dziękuje za uwagę.
skomentuj (8)
Nathan2005-03-25 || 11:23:40
Nathan.
Od dawna chciałam go narysować. Na kolor wysiliłam się tylko ze względu na te oczy. Chyba już kiedyś o nich pisałam...
Ale normalnej notki i tak nie będzie :P
skomentuj (21)
ha!2005-02-21 || 12:11:36
Pragnę obwieścić wszem i wobec że odchodzę. (Jęk zawodu na widowni) A jak się ktoś spyta o powód, to będę zabijać zardzewiałymi grabiami. Co prawda przestałam pisać notki już dość dawno temu, jak może Ci co bardziej spostrzegawczy zdążyli zauważyć, ale musiałam to oświadczyć oficjalnie. Żeby było jasne. I żeby mi się ta myśl przestała obijać gdzieś w odmętach umysłu, bo funkcjonować normalnie nie mogę. Chora psychika się domaga...
Jednakże nie cieszcie się jeszcze, tak łatwo się mnie nie pozbędziecie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że ja tu jeszcze wrócę. Może. Gdziekolwiek by te znaki nie były mogą się mylić, nie?
Zawsze chciałam napisać tkliwą i wzruszającą notkę na pożegnanie, ale talent do pisania tkliwych i wzruszających notek wziął dupę w troki i wyjechał na Bermudy. Albo do Ugandy. Wszystko mi jedno gdzie, w każdym razie go nie ma, jak widać na załączonym obrazku.
I tym optymistycznym, albo i nie, akcentem kończę i żegnam się machając białą, zasmarkaną chusteczką.
Adieu :P
skomentuj (29)
sensu brak2005-02-10 || 16:16:38
[ Nie wiem w ogóle czy jest sens z tym czymś iść do ludzi, ale czasu na porządny rysunek zabrakło. Na notkę zresztą też. Wobec tego zaciśnijcie zęby i spróbujcie wytrzymać. Oto kilka szkiców Neko podczas walki.
Z bogiem. ]
skomentuj (10)
i po balu2005-02-06 || 15:56:51
Pół minuty po mnie wyszedł Nathan. Bezceremonialnie usiadłam na podłodze i pozbyłam się butów. Gdyby nie to, że to były buty pożyczone od Kitty to czekałby je smutny los na dnie morza.
- Nie podobało ci się? – zapytał trochę stropiony Nat
- A tobie to się podobało, co? – spojrzałam na niego ironicznie spode łba, niszcząc ręką piękne fryzjerskie dzieło na mojej głowie. Zła byłam na niego, jad strumieniami spływał mi z ust.
- No właściwie to nie... – powiedział Nathan. Zamilkłam. Ktoś tu nie jest normalny, albo ja albo on, innej opcji nie ma.
- To po co mnie do diabła targałeś na ten bal? – wykrztusiłam zaskoczona
- Bo Scott powiedział że dziewczynom takie rzeczy się podobają – odparł. Jezu. Zwątpiłam.
- Słuchaj Scotta to daleko zajdziesz...
Resztę dnia, a właściwie nocy spędziłam siedząc z Nathanem na rufie statku w rozciągniętym podkoszulku mocząc bose nogi w wodzie i rozmyślając z satysfakcją o tych dziesiątkach dziewczyn, które teraz wciągają brzuchy w przykrótkich obcisłych sukniach licząc kalorie ze zjadanych czekoladek. Horror.
Śmiać mi się zechciało na myśl, że byliśmy tam obydwoje, chociaż żadne z nas nie chciało i chociaż właściwie nikt nas nie zmuszał. Nathan w garniturze – szkoda że nie miałam aparatu, to by było dopiero ciekawe doświadczenie. Zachichotałam a Nat spojrzał na mnie jak na wariatkę. Uśmiechnął się. Złość na niego już mi minęła. W sumie to całkiem miłe w jego strony, że mnie zaprosił. Mam na myśli intencje, nie skutki. Przyszło mi do głowy, że to już nie jest ten sam bezczelny, nieznośny chłopak co mnie kiedyś ciągał za uszy i denerwował do granic możliwości.
Chyba się do niego przyzwyczaiłam.
Troche.
skomentuj (8)
buty2005-02-04 || 12:43:49
Przestało być dobrze. Kto u diabła wymyślił pojęcie BAL? Czyj to pomysł żeby tańczyć w jakiejś niewygodnej, eleganckiej sukience i udawać dobrze wychowaną panienkę z dobrego domu zajmując wszystkich intelektualną rozmową? Nie dla mnie. Mowy nie ma. Nie zgadzam się.
A zresztą i tak nie miałabym z kimś iść.
Kilka godzin później sytuacja uległa zmianie. Nathan wparował do mojej kajuty, ignorując wszystko i wszystkich zapytał czy z nim pójdę na bal. Tonem od niechcenia, jakby się pytał o godzinę. Minę miał wyjątkowo niewyraźną, jakby go ktoś zmusił żeby mnie zaprosił. Trochę mnie przytkało i bezmyślnie mruknęłam coś w stylu "ok". Kiedyś, w zamierzchłej przeszłości zupełnie inaczej wyobraziłam sobie moment kiedy jakiś chłopak gdziekolwiek mnie zaprosi. Moje życie całkowicie pozbawione jest romantyzmu -_-' Nathan poszedł, a ja uprzytomniłam sobie w jakie bagno się wplątałam dopiero pod wieczór. Przyznam to szczerze, w niektórych sprawach mam odrobinę olewczy stosunek do życia, więc obnosiłam się z pójściem na bal w szerokiej luźniej bluzie i adidasach. Rogue, Shadow i Kitty wyszły z siebie jak się dowiedziały. Zaczęły się tortury w stylu "Neko ładnie uczeszemy, Neko ładnie ubierzemy..."
Pomocy.
Jak dorwę tego, co wymyślił obcasy to mu bez ogródek urwę jaja. Nathan też odpicowany był w garniturek, ale on nie miał na nogach dziesięciocentymetrowych obcasów które w dodatku były za małe. (nic dziwnego, niech ktoś znajdzie jakiekolwiek buty pasujące na pazurzastą nogę) Oddychać nie mogłam wciągając brzuch, bo sukienka taka idealnie przy ciele że bałam się że pęknie. Kuśtykałam z rozpaczą w oczach, podpierając się o Nathana bo bym się niechybnie glebła w tym dziesięciocentymetrowym paskudztwie. Czego się nie robi...
Sztywno było, smętnie, wszyscy nudni jak flaki z olejem. Dziewczyny powyrywały jakiś okolicznych chłopaków i tańczyły właśnie na parkiecie, a ja stałam jak ta sierota marząc tylko o powrocie. Nathan miał minę jakby sam nie marzył o niczym innym, ale w końcu to on mnie zaprosił. Wstrętna, podła bestia, odpłacę mu się kiedyś. Przez pierwsze dziesięć minut zaciskałam zęby i z wymuszonym uśmiechem improwizowałam że tańczę. Przez drugie dziesięć minut naszła mnie nieopanowana żądza mordu na osobach trzecich. Potem z troski o życie własne tudzież innych wycedziłam do Nathana "ja wychodzę" i kolebiąc się na niewygodnych butach zamknęłam drzwi z drugiej strony.
skomentuj (8)
na morzu2005-02-02 || 12:42:24
Logan się nie zgodził. Shadow ciska piorunami, boję się do niej odezwać. Profesor tym razem nie kazał nam lecieć zwykłymi liniami lotniczymi, tylko wziął X-Jeta. No ciekawe dlaczego :) Stateczek okazał się dużym, luksusowym jachtem wypoczynkowym. Trzymajcie mnie, bo odlecę ze szczęścia. Przede mną kilka dni spędzonych na leniuchowaniu. To jest to co ja lubię najbardziej ;) W ciągu dwóch godzin znałam już wszystkie miejsca, przejścia, pomieszczenia, sporą część pasażerów i większość załogi razem z kapitanem, który miał dość osobliwy nawyk czochrania mnie po głowie kiedy tylko powiedziałam coś w miarę zabawnego. A tak poza tym przyjemny gość. Już drugiego dnia pozwolił mi prowadzić przez chwilę jacht. Żeby się nie napozwalał... Stał pół metra ode mnie po czym po 10 sekundach pasjonującego trzymania kierownicy (kierownicy? a bo ja wiem jak to sie nazywa?) powiedział że wystarczy. Może bywam czasem (często) trochę niepoważna, ale czy ja naprawdę wyglądam na taką, co nałogowo zatapia jachty wypoczynkowe? Titanic 2?
Nathan przewraca oczami kiedy tylko idę do kajuty kapitana. Zazdrosny jest? Miło z jego strony, ale chyba raczej chory na umyśle... Kapitan to dorosły facet, Nat rzeczywiście musi mieć o mnie wysokie mniemanie, skoro uważa że mam zamiar puszczać się z jakimś ledwo znanym mi facetem.
A co mi tam po jego opinii...
Ale najlepsze z tego wszystkiego jest to, że mogę robić co chcę. Mogę wyjść o każdej porze dnia i nocy i łazić gdzie tylko mam ochotę (czyli po pokładzie statku, wpław nie popłynę do brzegu przecież) Nareszcie wolna. Nie ma Logana który mówi "po 22! Wracaj do pokoju!" mogę leżeć przez całą noc na dachu i gapić się w gwiazdy. Muszę tylko uważać żeby się przypadkiem na Jean i Scotta nie natykać, bo przeszkadzanie im w miłosnych uniesieniach może skończyć się śmiercią lub trwałym kalectwem.
I dobrze jest.
skomentuj (4)
wyjazd2005-01-31 || 16:56:10
No i zaczęły się ferie. Ekstaza, euforia, mutanci wiwatują zwisając na okolicznych żyrandolach. A ja na czele. Pełnia szczęścia by była, gdyby to nie były ferie zimowe, bo na widok śniegu mam niekontrolowane odruchy po tytułem "uciekać w tropiki". No nic, nie można mieć wszystkiego.
W sobotę rano, czyli o godzinie dwunastej z minutami leżałam na kanapie z całą premedytacją bez śniadania i nadal nie ubrana. (nie w sensie że naga, wy zboczeńcy. Po prostu nadal w piżamie) I znając mnie pewnie spędziłabym tam maksymalną ilość czasu dopóki żołądek nie przysechłby mi do kręgosłupa, ale nie dziś. W przerwie między filmem puścili jakiś dziennik z podsumowaniem wydarzeń zeszłego tygodnia. Kiedy usłyszałam przemiły komunikat zaczynający się od ciepłych słów "nieznany sprawca rozbił szybę w sklepie jakimśtam uruchamiając alarm, dochodzenie w toku..." nagle dziwnym sposobem odechciało mi się leżeć w salonie. Zarządziłam taktyczny odwrót i teatralnie na paluszkach, z miną "to nie ja" wymknęłam się do swojego pokoju.
Po południu pożegnałam się z kilkoma osobami, które wyjeżdżały na ferie do znajomych lub rodziny, zazdroszcząc im że w ogóle mają gdzie wyjechać. Dwie godzinki później stwierdziłam że to oni powinni zazdrościć mi. A właściwie nam – wszystkim x-menom, którzy zostali na ferie z instytucie. Profesor oznajmił z nabożeństwem, że zorganizuje nam wypadzik. Jakiś rejs po morzu jakimśtam (geografia NIE jest moją mocną stroną) Kitty opowiadała mi, że kiedyś już byli na podobnym rejsie, ale ja wtedy błąkałam się po lasach w porywach do małych miasteczek nie mając pojęcia że istnieje coś takiego jak Instytut Xaviera, więc siłą rzeczy w rejsie nie uczestniczyłam.
Wieczorem zwisałam sobie z otwartego okna dygocząc z zimna i będąc już myślami na cieplutkim morzu. Ale nie wszyscy byli tak zadowoleni jak ja. Np. Shadow, która snuła się po instytucie wymyślając argumenty aby przekonać Logana do wyjazdu. Logan z kolei krył się przed nią wszędzie nie wyłączając komórki pod schodami i szafki pod zlewem. Nic dziwnego, nie chciałabym być w skórze Logana kiedy będzie odmawiał Shadow. Ja naprawdę nie rozumiem co on ma przeciwko morzu, odpoczynkowi i długiemu wygrzewaniu się na słoneczku.
To będzie coś pięknego :)
skomentuj (5)
-_-'2005-01-30 || 13:13:21
[czasu brak. natchnienia brak. notek brak. ]
ponapawajcie się rysunkiem :P
skomentuj (3)
plasterki2005-01-24 || 13:06:13
Domyślam się że pokaleczona, brudna, zmęczona i zrezygnowana prezentowałam się średnio przyjemnie, ale miny jakie przybrali niektórzy widząc mnie wchodzącą po ciszy nocnej do instytutu były ponad moje oczekiwania. Pierwszy pobiegł Logan, obwąchał mnie i z szalonym błyskiem w oku kategorycznie zażądał informacji gdzie jest Szablozęby. Po chwili Storm jeszcze bardziej kategorycznie zażądała, że najpierw mnie zabierze do szpitalnej części instytutu. Jak na mój gust to trochę przesadzają z tym szpitalem, ale w sumie wszystko lepsze niż kara za powrót po 22, więc poszłam za Storm. Kiedy zapytałam się skąd nagle taki paniczny lęk o moją osobę, skoro właściwie nic mi nie jest, podała mi lusterko. No i dowiedziałam się, że jednak wcale nie przesadzają, oraz czego tak naprawdę bała się Nicole. Z jednej strony miałam rozciętą głowę i trochę poharatane lewe ucho, krew spływała mi po czole i nosie, a włosy miałam sklejone zastygniętą czerwoną mazią. Całość malowniczo umorusana czymś czarnym nieznanego mi pochodzenia. Wszystko to sprawiało średnio miłe wrażenie na podobieństwo pijanego transwestyty po trepanacji czaszki i niekompletnej operacji twarzy na dodatek. Jezu.
Storm doprowadziła mnie jako tako to stanu używalności. Właściwie to skończyło się tylko na bandażu na głowie i nieskończonej ilości opatrunków na nogach. Nawet nie wiecie ile takie małe szklane odłamki mogą człowiekowi życia napsuć. Jestem oblepiona plasterkami niczym świąteczna choinka bombkami. I do tego uważam, że trochę niepotrzebnie, bo takie małe draśnięcia za dwa dni się zagoją. Zaczęłam nieśmiało protestować, ale usłyszałam że ranki są dość głębokie, a potem bardzo złożony referat na temat zakażeń. Kiedy Storm właśnie napoczynała trzecią paczkę plasterków wszedł Logan. Tym razem nie popatrzył na mnie jak na istotę pozaziemską, bez tej całej krwawej charakteryzacji wyglądałam normalnie. Jeżeli w ogóle można o mnie powiedzieć, że kiedykolwiek wyglądam normalnie. Szczegółowo omówiłam z nim temat Szablozębego czyli co, gdzie i jak i trener dał mi spokój. Oświadczył, że rozumie mój cel wyższy i nie ukarze mnie na wrócenie później niż ustawa przewiduje. Jestem dźwięczna.
Potem jeszcze tylko dowiedziałam się, że nieładnie tłuc szyby i niepotrzebnie narażać ludzi, a poza tym to "dobra robota". Ale zonk, może nareszcie przestaną mnie tu traktować jak upierdliwego, dziecinnego, denerwującego, beztroskiego i trochę stukniętego kota. Chociaż tak właściwie, to to aż tak bardzo nie odbiega od prawdy...
skomentuj (7)
ucieczka2005-01-23 || 18:46:35
Bolała mnie głowa, kark i piekły nogi. I coś nieznośnie wyło. Zanim zdążyłam się podnieść Szablozęby złapał mnie za kołnierz i podniósł do góry. Niepewnie i trochę nieprzytomnie rozejrzałam się dookoła. No tak, rzucił mną w wystawę jakiegoś sklepu. Pewnie rozpieprzyłam szybę i nawet nie chcę myśleć ile mam teraz kawałków szkła tu i ówdzie a w szczególności na nogach. Domyśliłam się też, co tak wyje. Nie, nie Nicole :) Sklep miał najwyraźniej system alarmowy. I to głośny system. Pobieżnie szacując za pięć minut będzie się tu roiło od policji, nie ma czasu na refleksje. W jednej chwili oprzytomniałam i z impetem przyłożyłam nogą prosto w podbródek Szablozębego. Pomogło na tyle, że mnie puścił. Niewiele myśląc zerwałam się na równe nogi i dopadłam do Nicole. Miała minę jakby zbierało jej się na wymioty. Spojrzała na mnie z panicznym przestrachem. Złapałam ją za rękę i pociągnęłam za sobą. Gdzieś w tyle słyszałam zbliżające się policyjne syreny. Po kilku minutach oszalałego pędu (było by szybciej jak by się dziewczyna nauczyła na czterech nogach) zatrzymałyśmy się w ciemnym zaułku. Podobno ciemne zaułki to miejsca gdzie najczęściej można spotkać nieprzyjemnych typów. Naprawdę nie życzyłabym żadnemu z nich spotkania ze mną w chwili obecnej. Byłam zmęczona, wściekła, łupało mi w głowie i piekły nogi. Każdy napotkany "nieprzyjemny typ" zginąłby natychmiastową śmiercią tragiczną.
Nicole nadal patrzyła na mnie z niemym przestrachem. Trochę miałam to gdzieś. Szablozęby nas nie gonił. Nie wiem o co jej chodziło, czy o to że widziała pewnie pierwszy raz walkę na żywo, czy o to że "trochę" popsułam szybę w wystawie sklepowej. A może bała się, że nas ten potwór dogoni... Na wszelki wypadek odstawiłam ją pod sam dom. Tym razem nie chciała mnie odprowadzać. Uczy się dziewczyna na błędach.
Mam tylko nadzieję, że nie doznała permanentnego szoku ani nie ma żadnego urazu psychicznego. Po wrażliwych ludziach można się wszystkiego spodziewać... Ale że nikomu o tym nie powie to chyba mogę być pewna. Teraz czekało mnie coś o wiele gorszego niż walka z Szablozębym – powrót do instytutu...
skomentuj (4)
walka (?)2005-01-22 || 18:56:19
Długo nie musiałyśmy iść. Postać, którą rzekomo śledziłyśmy nie dała na siebie czekać. Ledwo wychyliłam głowę zza rogu a czyjaś ogromna łapa machnęła mi tuż przed nosem. Przytomnie się cofnęłam. Zapowiada się ciekawie. Już wiedziałam kto to, miło by było tylko gdyby trzymająca mnie za ramię Nicole się nie dowiedziała. Bez szans. Sekundę za wielką łapą, która omal nie pozbawiła mnie nosa, pojawił się jej właściciel. Szablozęby.
Uchyliłam się przed jego ciosem i przemknęłam obok. Starałam się zastanowić nad kilkoma rzeczami naraz np: "no i na co mi ta Nicole była? Co ja mam z nią teraz zrobić?", albo "Szablozębego nie pokonam w równej walce. Ja Wolverine nie jestem. Jedyne w czym go przewyższam to zwinność", albo "boże, jaka ja jestem głupia. Po co ja za nim lazłam", albo wreszcie "co dziś na kolację?". Myślenie i unikanie przeciwnika naraz nie szło mi zbyt dobrze, więc zrezygnowałam z tego pierwszego. Strategię miałam bardzo prostą – wykiwać go i zwiać. No to do roboty. Po kilku widowiskowych unikach kopnęłam go kolanem w mostek. Trochę się jakby zachwiał, ale nie za bardzo go to wzruszyło. Pokazałam mu język, uśmiechnęłam się szyderczo i podwójnym saltem wylądowałam kilka metrów dalej. Szablozęby natychmiast rzucił się za mną. I o to chodziło. Przeskakując z miejsca na miejsce odciągałam go coraz dalej. Miałam nikłą nadzieję, że Nicole wykaże się jakąś inwencją twórczą i w tak zwanym międzyczasie ucieknie. Ale gdzie tam. Stała jak słup soli tam gdzie ją zostawiłam, ze szczęką zwisającą gdzieś w okolicach kolan i wytrzeszczonymi oczami. Wszystko jak zwykle na mojej głowie.
Przeskoczyłam przez jakiś dość wysoki murek, a zanim Szablozęby również go przeskoczył mnie już nie było. W tym czasie czaiłam się jakiś metr dalej, co tu ukrywać, za śmietnikiem. Węch w tym momencie na nic mu się nie przydał. Miałam nadzieję, że ruszy gdzieś dalej żeby mnie znaleźć a ja spokojnie zawrócę, zabiorę Nicole i mamy Hollywoodzki happy end. Nie doceniłam "inteligencji" przeciwnika... Jednak Szablozęby przewyższa inteligencją przeciętnego pięciolatka (choć pewnie niewiele) Zawrócił. A ja za nim. Zaczyna mnie to z deka irytować. Dopadłam go w momencie, gdy ucinał sobie pogawędkę z Nicole trzymając ją pół metra nad ziemią.
- Ani na chwilę nie można Cię zostawić samego – wysapałam wściekła i skoczyłam mu na kark. Wystarczyło jedno machnięcie pazurów po zarośniętym policzku i puścił dziewczynę. Nic więcej nie zdążyłam zrobić. Złapał mnie w pasie i zrzucił z siebie. Najpierw poczułam ostry ból głowy, a potem jakby miliony malutkich igiełek wbiły mi się z nieosłonięte nogi...
p.s. miałam krótkie spodenki. Mój ulubiony strój no.1 – luźna bluza i krótkie spodnie :)
skomentuj (4)
śledzone2005-01-21 || 20:34:59
Po godzinie 21 z niewielkim żalem oznajmiłam Nicole, że muszę się zbierać. O 22 muszę w domu być. Nicole z trochę większym żalem oznajmiła, że mnie kawałek odprowadzi. Z największym żalem żegnałam się z miską popcornu. Ciemno było na dworze, co dla mnie stanowiło problem zerowy. Do teraz nie wiem po kiego diabła Nicole mnie odprowadzała. Nawet w przypadku wyskakujących nagle zza rogów potencjalnych bandytów/zboczeńców/złodziei chyba dałabym sobie radę lepiej niż ona. Ale nic to, dzielnie mi towarzyszyła. Do czasu.
Coś mi się nie zgadzało. Kocia intuicja? ;) Jakby ktoś za mną lazł. I nie chodziło mi wcale o Nicole. Postanowiłam odwrócić trochę role i dla odmiany pośledzić tego kogoś. Rzuciłam koleżance żeby poszła już do domu a ja tylko coś załatwię. Wyłączyłam holozegarek (nie ma to jak działać pod własną postacią, nie jakąś iluzją) i zniknęłam w ciemności za rogiem. No nareszcie coś się dzieje, spalę te kilogramy popcornu. Gdzieś przede mną mignęła mi czyjaś postać. Uśmiechnęłam się i na czterech łapkach wskoczyłam na ogrodzenie. Nagle tuż za sobą usłyszałam brzęk metalowej puszki. Odwróciłam się szybko. No tak. Mogłam się spodziewać. Nicole. Najwyraźniej moje "idź już do domu" nie zrobiło na niej specjalnego wrażenia. Tym razem się wkurzyłam. Zeskoczyłam z ogrodzenia i wylądowałam tuż przed nią.
- Miałaś iść. Czego tu sterczysz? – Nicole zachłysnęła się jakby chciała krzyknąć, ale się powstrzymała.
- Przestraszyłaś mnie – spojrzała na mnie z wyrzutem.
- Mówię ci idź do domu
- Boję się
- Bardziej boisz się iść do domu niż leźć nie wiadomo gdzie za mną?
- Tak
Osłupiałam. No wariatka po prostu. Ja wiem, że też nie jestem do końca normalna, ale ludzie, zachowujmy się poważnie chociaż czasem. Skończyło się łażenie po dachach/płotach/ogrodzeniach bo Nicole za nic by nie nadążyła. "Po ludzku" ruszyłam w kierunku miejsca gdzie mignęła mi ta postać. Wręcz czułam jak Nicole drży tuż za mną.
Po co ona ze mną lezie? Przeszkadzać tylko będzie...
skomentuj (2)
Nicole2005-01-20 || 18:12:40
Jestem naprawdę niewyspana. Bardzo. Rano, po niemal bezsennej nocy i zaledwie trzech godzinach snu ostatnią rzeczą, jaką chciałam robić to wstawać i iść do szkoły. Skarpetki zrobiły się obie lewe, nogawka za nic nie chciała trafić na nogę i chyba się uczesałam szczoteczką do zębów. Po jakże pożywnym śniadanku składającym się z kawy (której na dodatek nie lubię) z radością w oczach i ciepłem w sercu udałam się do szkoły...
Podczas historii niemrawo gapiłam się w okno, a Nicole zwierzała mi się ze swoich problemów sercowych. "Kocha Ziutka, ale woli Bartka bo on ma Zosię która poszła gdzieś z Frankiem bla bla bla...", czyli coś a'la polska telenowela. Straceniem jednej "arcyciekawej" lekcji historii raczej się nie przejęłam, ale mimo wszystko. W sumie dlaczego mi to mówi? Nie ma innych znajomych? Oczywiście uwagę za przeszkadzanie na lekcji dostałyśmy obie. A co.
Po szkole Nicole osiągnęła szczyt. Poprosiła mnie żebym dziś do niej przyszła, bo ona czuje się taka samotna i nie ma z kim o tym porozmawiać. Szczerze mówiąc problemy sercowe Nicole zwisają mi i na dodatek powiewają, ale czułam że jestem jej cośtam winna... za to że nie powiedziała o mutantce nikomu i w ogóle... Zgodziłam się.
Popołudnie spędziłam siedząc na łóżku Nicole przytakując jej od czasu do czasu i błądząc myślami w innym wymiarze. Co za szczęście że ja nie mam chłopaka i podobnych problemów. Automatycznie sięgałam ręką do miski z popcornem, który materializował się co chwila w magiczny sposób (a imię tej magii: mama Nicole) z każdą chwilą czując się grubsza i błogosławiąc mój na tyle dobry metabolizm że nadwaga nie będzie widoczna. Dowiedziałam się za to, dlaczego to ja stałam się obiektem do zwierzeń Nicole: ona zna mój sekret, więc wie że może mi powiedzieć swój bo nie wygadam.
No tak, bo gdyby nie to, to ja rzeczywiście nie miałabym nic lepszego do roboty jak tylko obwieszczać wszem i wobec, że "ona kocha Ziutka, ale woli Bartka..." (albo coś w ten deseń)
skomentuj (3)
bezsenność 22005-01-18 || 20:52:48
Z wiadomości dnia: złamałam w szkole palec jakiemuś Niegrzecznemu Chłopcu. (Przydomek nadałam właśnie taki z całą premedytacją, a głównie dlatego że jego tożsamość nie jest mi znana.) Tak właściwie to przypadkiem. I tak właściwie, to nawet nie wiem o co mu chodziło. W klasie, na matmie, wytykał mnie palcem. Mam tam gdzie słońce nie dociera wszystkich takich jak on, nie przejmuje się opinią publiczną w instytucji zwanej powszechnie "szkołą" i jeżeli wydawało mu się, że mnie tym zdenerwuje/zasmuci/dokuczy mi (niepotrzebne skreślić) to miał rację. Wydawało mu się. Nie będę przez takiego typa płakać w nocy JEDNAKŻE ja nie dam sobie włazić z buciorami na głowę, a ów Niegrzeczny Chłopiec popełnił jeden z błędów którego, niezmiernie mi przykro, nie toleruję. Naruszył moją nietykalność tudzież osobistość i zbliżył się do mnie na odległość ze trzydzieści centymetrów, na dodatek nadal trzymając palec wycelowany prosto w koniuszek mojego nosa. Sorry guy. Chciałam mu tylko delikatnie przekazać że „nie pokazuje się palcem” i przy okazji złapałam go za ten palec. Okazał się kruchy jak małe dziecko. Nawet nie ścisnęłam za mocno kiedy moje nadzwyczaj czułe uszka (oczywiście w szkole skryte pod holozegarkiem) usłyszały ciche *chrup* a potem rozległ się rozdzierający nieartykułowany dźwięk który pewnie usłyszałabym nawet jakbym była głucha. Chyba go zabolało. Nie czekając na efekty wyszłam po angielsku i tyle mnie widzieli.
A nich mi ktoś tylko powie że to ja zaczynam...
Wczorajszą noc spędziłam w 75% siedząc po ciemku na łóżku i obgryzając paznokcie. Tak się podobno zaczyna schizofrenia (człowiek nie wie co ze sobą zrobić). Na dzisiejszą noc nie mam specjalnych planów, więc chyba zapowiada się podobnie. Nathan skubaniec nie ma problemu z bezsennością. Jemu wyjść na dwór w nocy czy całą przespać to jedno i to samo. Farciarz. Zrobiłam się gorsza niż baba z okresem i w dodatku w kryzysie wieku młodzieńczego. Zapotrzebowanie na sen – pilne! Wyjście na dwór odpada, jeszcze nie skończyłam odpracowywać poprzedniej kary (a jutro umyjecie okna, wyniesiecie śmieci, umyjecie naczynia, zwalczycie dziurę ozonową, nakarmicie głodujące dzieci w Afryce...) Próbowałam poradzić z tym sobie metodą chałupniczą. Po wypiciu czterech kartoników mleka i sześciu wizytach w kiblu stwierdziłam że ten kto stwierdził że "mleko pomaga zasnąć" to idiota. Po proszki nasenne bałam się sięgnąć. Z doświadczenia wiem czym się kończy w moim przypadku przedawkowanie proszków, a ja wyglądać jak naćpane zombie nie lubię... Ostatnia deska ratunku – postanowiłam trochę pobiegać po instytucie. Las – instytut, aż się ciśnie na usta stwierdzenie "jeden chuj". Zahaczyłam ogonem o jakiś wazon w wąskim korytarzu, narobiłam huku, obudziłam kilka osób i dowiedziałam się od Storm, że jestem "chuliganem i wandalem, o tej porze porządni ludzie śpią a nie tłuką wazony".
Dziękuje bardzo.
skomentuj (5)
wojna na szczotki2005-01-15 || 15:27:09
...Chyba jednak jest. Czemu ta maszyna jest taka wielka? Wręczono nam dwie ryżowe szczotki, wiaderko wody i do pracy rodacy. Spojrzałam zrezygnowana i ręce mi opadły. Jeżeli to sen to niech mnie ktoś obudzi...
Sen snem, a szara rzeczywistość skrzeczy. Ja wiem, że ja jestem beztroska bardziej niż ustawa przewiduje, ale Nathan to albo się popisuje albo bije w tym jakiś rekord. Niewiele myśląc wziął szczotkę i zaczął nią wymachiwać wyzywając mnie na pojedynek. Wariat jednym słowem, co nie zmienia faktu że wyzwanie przyjęłam. Rozpoczęliśmy teatralną walkę ze szczotkami w roli mieczy. Choreografii walki to by się Luke Skywalker z "Gwiezdnych Wojen" nie powstydził ;) Zwijając się ze śmiechu wykorzystaliśmy wszystkie znane nam ruchy, gardy, pchnięcia w kategorii walki na miecze (ja to tam się nie znam, ale Nat to całkiem w temacie). Tak się zafascynowałam, że przestałam zwracać uwagę na otaczający nas świat. A szkoda. Pod moimi nogami nagle nie wiadomo skąd znalazło się wiadro z wodą. Zorientowałam się o sekundę za późno. Potknęłam się i z głuchym łoskotem wywaliłam rozpaczliwie ciągnąc za sobą Nata. Czy wiecie jaki potworny łoskot robi metalowe wiadro uderzające o metalową posadzkę? Ja już wiem. Wszedł Beast, żeby zobaczyć co się dzieje. Myślę, że obraz przestawiający mnie leżącą na Nathanie w kałuży wody nie był tym co chciał zobaczyć. Nie, żeby był zły, ale zagroził że jeśli za dwie godziny X-Jet nie będzie czysty to pewnie Wolverine załatwi nam "więcej atrakcji".
Nie wiem co miał na myśli mówiąc "więcej atrakcji" ale kiedy pomyślałam o atrakcjach w wykonaniu trenera, to wystarczyło żeby X-Jet lśnił czystością. To się nazywa dar przekonywania. Wieczorem przyszedł Logan i pochwalił nas za dobrą robotę. Logan nas za coś pochwalił, chyba się wzruszę. Oczywiście po chwili musiał zepsuć nastrój:
- I nie ważcie mi się więcej wychodzić z instytutu w nocy – oznajmił rozkazującym tonem. Miałam wrażenie, że doda jeszcze jakieś "bo coś wam zrobię..." ale nie dodał. Coś mnie tknęło.
- Moment, jak to nie? – zapytałam złowrogo (to się nazywa odwaga czy głupota?) – Kiedy ja muszę!
- Musisz... - trener przymrużył oczy i podszedł kroczek w moim kierunku
- A muszę. Jak nie wyjdę w nocy na spacer to nie mogę zasnąć. Bezsenność i te sprawy...
- W takim razie albo przezwyciężysz bezsenność, albo każdego wieczoru tak cię przećwiczę w Sali walk, że zaśniesz bez problemu w ciągu kilku sekund.
Zero zrozumienia T_T
[dziś bonusik: po raz pierwszy i raczej ostatni - neko w kolorze]
skomentuj (7)
kara2005-01-13 || 14:22:01
Logan średnio delikatnie postawił mnie na ziemi. Razem z Nathanem wymieniliśmy spojrzenia. Nawet tłumaczyć się nie ma sensu. Wpadka na całej linii, leżymy i kwiczymy. Trener nic nie powiedział, kiwnął tylko na nas głową i ruszył w kierunku instytutu. Jezu, boję się. Już bym wolała żeby krzyczał i ciął szponami okoliczne drzewka. Żałośnie ociekając wodą ruszyliśmy za nim.
Już z daleka widać było, że w instytucie istna iluminacja – połowa świateł zapalona. Przecież jest jakaś trzecia nad ranem, czy nikt tu do diabła nie sypia? Jakaś wojna się zaczęła jak nie patrzyłam? Weszliśmy do środka i oczom naszym ukazał się widok dość niecodzienny jak na tą porę. Wszyscy X-Meni w bojowych ciuszkach stali po środku salonu. To jakaś paranoja, chyba nie postawili całego instytutu na nogi żeby nas szukać? Pięć minut później okazało się, że nie. (Oczywiście. Mogłam się spodziewać, kto by się nami przejmował). Po prostu któryś z dorosłych, nie pokazując palcem, wpadł na wielce inteligentny pomysł zrobienia nocnego treningu "z zaskoczenia". Pobudzili wszystkich w środku nocy i okazało się, że w bliżej niesprecyzowanych okolicznościach przepadłam ja i Nat. Do akcji wkroczył niezawodny węch Logana i znalazł nas. W lesie. Mokrych. Jestem za młoda żeby umierać T_T
Co tu ukrywać, Logan jest wściekły. Storm jest wściekła. Beast jest wściekły. Profesor nie jest wściekły, ale on to chyba nigdy nie jest. W każdym razie spojrzał na nas z wyrzutem. Ojej. Już wiem jak czuje się małpa w ZOO, kiedy wszyscy się na nią gapią. Tyle że małpa w ZOO raczej nie ocieka wodą, nie pociąga smętnie nosem i nie zaliczyła właśnie wpadki swojego życia. X-Meni jeszcze przez chwilę patrzyli na nas z zainteresowaniem tudzież ze współczuciem, po czym zostali oderwani od widowiska i zaciągnięci na te
nocne treningi z zaskoczenia. Element zaskoczenia naprawdę świetnie wyszedł. Dla mnie szczególnie. Już bardziej zaskoczyć mnie nie mogli.
Karę dostaliśmy piękną: mamy wyczyścić całego X-Jeta (tak na dobry początek) a nad resztą się jeszcze zastanowią. No tak, potrzebują więcej czasu żeby wymyślić gorsze tortury. W sumie póki co nie jest źle. Spodziewałam się, że nas na wstępie wywieszą za okno za nogi i będą łaskotać, skażą na jeden wielki dożywotni trening z Loganem albo zmuszą do oglądania w nieskończoność brazylijskiego serialu "Moda na sukces" (odcinek pięć milionów sto tysięcy dwieście czterdziesty siódmy...) Mycie X-Jeta nie jest chyba takie złe...
skomentuj (6)
kąpiel2005-01-12 || 16:06:40
Ciemna noc, żywej duszy nie ma, las, ponury nastrój a obok ja z Nathanem – dwa rozbiegane i roześmiane stworzenia. Sceneria idealna. Zaczęło się od tego, że jak zwykle niewidoczny korzeń jest pod moimi nogami w najmniej oczekiwanym momencie. Najmniej nieoczekiwany moment w chwili obecnej równał się skrajowi niewielkiego urwiska. Potknęłam się oczywiście (no a jak) i ześlizgnęłam z krawędzi urwiska. Zdążyłam oszacować za ile sekund zaliczę malowniczą glebę prosto na twarz kilka metrów niżej, kiedy Nathan postanowił pobawić się w bohatera. Skoczył za mną, złapał mnie i teleportował ratując przez upadkiem. Koniecznie muszę zapamiętać, że kiedy Nat ma ochotę mnie ratować, to muszę uciekać jak najdalej się da...
Po teleportacji nie zdążyłam nawet zorientować się gdzie jesteśmy. Krótki lot w dół i poczułam lodowato-lodowatą wodę. Wylądowaliśmy w jeziorze. Przymusowa kąpiel w głębokim jeziorze, w ubraniu, ciemną nocą i w dodatku w styczniu to na pewno nie była rzecz o jakiej marzyłam. Moja luźna i szeroka bluza zrobiła się jakoś dziwnie ciężka i krępująca ruchy. Żeby nie pójść na dno złapałam się Nathana za ramiona. (To się nazywa instynkt samozachowawczy :P ) Miałam szczerą ochotę go trzepnąć po głowie a potem doprawić jeszcze lewym sierpowym w żebra za to że mnie do wody wpakował (chociaż pewnie zrobił to niechcący. Ale fakt pozostaje faktem. A zresztą po nim można się wszystkiego spodziewać) Ale Nathan uśmiechnął się przepraszająco i tak słodko, że nie miałam serca. Też się uśmiechnęłam. Brakowało już tylko romantycznej muzyki w tle, pełni księżyca i namiętnego pocałunku, ale AŻ TAK walnięta nie jestem. Kto by go chciał... Dopłynęliśmy do brzegu i Nathan wylazł z wody. Ja już nie musiałam. Ktoś złapał mnie za kołnierz i podniósł do góry. Zauważyłam jak na twarzy Nata maluje się bezgraniczny lęk. Przemoczony do suchej nitki, dygoczący z zimna, z przerażeniem w oczach i kropelkami wody ściekającymi z nosa wyglądał naprawdę uroczo. Chociaż pewnie sama nie wyglądałam szczególnie lepiej... Zaczęłam się modlić żeby ta osoba, która właśnie unosiła mnie 20 centymetrów nad ziemią, nie była tym o kim właśnie myślałam. Ostrożnie odwróciłam głowę...
Moje modlitwy nie zostały wysłuchane. Tuż za mną stał Wolverine.
skomentuj (4)
trening2005-01-10 || 16:56:50
Sobota. Nareszcie mogłam się porządnie wyspać ^_^ Wstałam o jedenastej i rozespana, rozczochrana i w piżamie zaczęłam grać z Nathanem w szachy. To już chyba tradycja... Oczywiście mnie ograł, to też już tradycja. Czasem się zastanawiam, po co ja z nim w ogóle gram, skoro i tak wiem, jaki będzie wynik... Uroczy poranek przerwał Beast każąc nam za pięć minut być w stroju bojowym pod instytutem. Za pięć minut?? Jakie to niesprawiedliwe! Ja jeszcze na wpół śpię! Gdzie jest demokracja?
Profesor McCoy oznajmił, że dzisiaj z okazji ładnej i ciepłej pogody nadszedł czas na treningi na dworze. Mam nadzieję, że nie oczekiwał specjalnego entuzjazmu, a już na pewno nie wybuchu radosnej euforii, bo coś takiego nie nastąpiło... Chociaż właściwie nie ma co narzekać, trening z Beastem to jeszcze nic takiego. Skóra mi cierpła na samą myśl treningu z Loganem. Widziałam go niedaleko stojącego pod drzewem i najwyraźniej czekającego na swoją kolej by móc nas trochę pomęczyć.
Pozwolę sobie opisać tylko jedną z moich ulubionych konkurencji: biegi na długi dystans. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym czegoś nie spierdzieliła... Zaczęło się niewinnie – zakaz używania mocy, to ma być zwykły bieg. Przyjęłam do wiadomości i na początku się nawet do tego stosowałam. Byłam jedna z pierwszych, kiedy zrównała się ze mną Rahne. Mały wredny głosik gdzieś w głowie złośliwie podpowiadał mi: "nie daj się pokonać". Uśmiechnęłam się wyzywająco i przyśpieszyłam. W niej najwyraźniej też obudził się jakiś duch rywalizacji czy podobne coś, w każdym razie żeby nie dać się pokonać zamieniła się w wilka. Na czterech nogach szybciej. Niewiele myśląc też przerzuciłam się na "tryb czworonożny", ale zanim zdążyłam się porządnie rozpędzić czyjeś wielkie niebieskie łapy podniosły mnie do góry. Rahne zresztą podobnie. Beast sceptycznie oznajmił, że złamałyśmy reguły i nas dyskwalifikuje. Ech...
Reszta treningu, czyli ta część "Loganowa" to była jedna wielka żenada. Jak to stwierdził pan szanowny trener "jesteśmy beznadziejni i zabijamy się o własne nogi". Dziękujemy za ciepłe słowa. Tyle w tym mojego szczęścia, że to nie przeze mnie :P
skomentuj (6)
historia vs siatkówka2005-01-09 || 14:20:21
Na dworze robi się coraz cieplej. Mam ochotę wyjść na dwór i pograć sobie w siatkówkę z innymi, ale mam jutro sprawdzian z historii. Nienawidzę historii x_x Na tyle skorzystałam z ładnej pogody, że rozłożyłam się z książką na murku, przy schodach instytutu. Starałam się pouczyć, co jakiś czas rzucając zawistne spojrzenia rozbawionym X-Menom. Byłam właśnie w trakcie wchłaniania niezwykle "interesujących" faktów na temat faszyzmu, kiedy usłyszałam krótki krzyk. Podniosłam leniwie głowę i... dostałam piłką centralnie w policzek. Spierdzieliłam się z murka prosto na jakiś krzaczek. Po chwili wstałam z ogniem w oczach, miną "zagniewanej dziesięciolatki" i malowniczymi listkami wplątanymi we włosy. Historia odpłynęła w siną dal a ja resztę dnia spędziłam na boisku, beztrosko myśląc sobie, że nauka nie zając, nie ucieknie.
Może rzeczywiście nie zając, ale uciec potrafi. O sprawdzianie przypomniałam sobie dopiero późnym wieczorem. Wróciłam do pamiętnego murka i wyciągnęłam trochę sfatygowaną książkę z krzaczka, który zaliczyłam przy upadku. Już trochę za późno na naukę... Skoro i tak nie nauczyłam się w dzień, to szkoda teraz jeszcze noc zarywać. Zaczęłam rozważać pomysł żeby trochę posymulować. Jakiś nagły atak tropikalnej choroby albo coś w tym guście i "niestety nie mogę iść do szkoły, ominę sprawdzian, och jak mi przykro", ale szybko zrezygnowałam. Znając profesora szybko przejrzał by mój niecny plan i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nathan miłosiernie ofiarował mi skromną pomoc i przez cały nocny spacerek próbował mnie trochę doedukować, ale ja zawsze w dziedzinie historii byłam dość tępa. A zresztą on sam za wiele nie wiedział. Następnego dnia postanowiłam improwizować i najwyżej powymyślać jakieś daty czy fakty. Kiedyś już takie coś przeszło...
Jednak cuda nie zdarzają się dwa razy. Sprawdzian został uwieńczony malowniczą dwóją. Kitty – w miarę dobra z historii – obiecała mnie trochę podciągnąć, ale coś czarno to widzę. Szkoła mnie denerwuje, oby tylko dożyć soboty...
[kliknij, aby powiększyć obraz]
skomentuj (5)